African Road Trip – czyli blondynów i blondynek przygody w Namibii

Korzystajac z faktu ze nikogo nie ma w biurze, a za piecioro pracowac nie dam rady – postanowilam troche sie poobijac pod koniec dnia i wrzucic pare zdjec z Namibii.
A wiec po kolei 🙂

Podroz zaczynamy z domu, przed 6 rano jestesmy gotowi do drogi.
Z Johannesburga do Augrabies Falls droga jest bardzo kiepska (dla planujacych wizyte w tych rejonach, ale udalo nam sie przejechac 850 km w ok 12 godzin. Wiec nie tak strasznie zle. Zatrzymalismy sie niedaleko wodospadu Augrabies, ktory ze wzgledu na niski poziom wody wygladal raczej malo ciekawie. Podczas pory deszczowej przewalaja sie tu masy wody, teraz jest tylko pare wyschnietych struzek.
Mile zaskoczyl nas pensjonat De Oude Stoor w ktorym sie zatrzymalismy – ladne, duze czyste pokoje, cicho i spokojnie. Potrzebowalismy tego wypoczynku po calodniowej jezdzie.
Z samego rana podazylismy do Ais-Ais (gorace zrodla), gdzie nocleg mielismy spedzic w namiocie.
Generalnie Namibia tanim krajem nie jest, wiec darowalismy sobie luksusy na korzysc dluzszej i ciekawszej trasy. Spakowalismy sprzet kampingowy, przenosna lodowke, materace, stolik, krzesla. Wzielismy dwie zapasowe opony oraz 20 litrow benzyny, ktore zamontowalismy na dachu przyczepy. Przenosna lodowke zapakowalismy jedzeniem, wzielismy tez suchy prowiant i sporo wody.
Namibia ti pusty i suchy kraj. W przypadku awarii moze nam przyjsc czekac nawet pare dni na pomoc, trzeba wiec byc dobrze przygotowanym.
Na granicy celnik chce zajrzec do przyczepy, ale wyjasniamy mu ze zeby tam zajrzec, musimy zdjac wszystko co przymocowane jest na gorze. Wie, ze bedzie nam musial pozniej pomoc w zamocowaniu tego z powrotem. Jest gorace poludnie, prawie 40 stopni C, celnik nie bardzo ma wiec ochote odpocowywac i zamocowywac caly ekwipunek. Nie wieziemy nic nielegalnego, ale obawiamy sie nieco „nieoficjalnego cla”, ktore czesto naklada sie na mieso. Celnik w koncu odstepuje od swego planu i spokojnie jedziemy dalej.
Po paru godzinach jazdy po namibijskich drogach ktore raczej przypominaja szlak zuzlowy, dojechalismy do celu.
No i zobaczylismy, ze pole namiotowe niewiele rozni sie od tejze samej zuzlowej drogi, ktora bylo nam jechac do celu… Po osmu godzinach jazdy po zuzlu nie bardzo chcialo nam sie na tymze samym zuzlu spac, wiec doplacilismy do noclegow milutkich klimatyzowanych pokojach z wyjsciem wprost na spa 🙂

Namibia2012 041a

Nie zalowalismy tej decyzji – ciepla solanka i zimne piwo – bezcenne :))) zwlaszcza ze to naprawde byl koniec luksusow i reszte pobytu spedzilismy pod namiotem.
Nie chce nam sie nic grilowac, wiec kolacje jemy w restauracji,

Nastepnego dnia, inna zwirowa droga udajemy sie do Sesriem, gdzie zatrzymujemy sie na 2 noce, po drodze ogladajac Fish River Canyon. Jest to najwiekszy w Afryce a drugi na swiecie kanion (po Grand Canyon), niesamowity w swojej bezkresnosci i jakze odmienny od znanego mi Blyde River Canyoun w RPA. Raz w roku czesciowo wypelnia sie woda, mozna wtedy napotkac tam sladowa roslinnosc i troche ptactwa, poza tym sucho jak to na pustyni.

Namibia2012 070

Tuz przed Sesriem padla nam pierwsza opona. Zwir za bardzo dal nam sie w kosc. Zbliza sie wieczor wiec w miare szybko zmieniamy kolo i ruszamy dalej. Wkrotce docieramy do kempingu Sesriem. Nasze miejsce jest w miare obszerne, posiada kran i namiastke stolika. Powierzchnia nieco lepsza od zwiru (bo piach przynajmniej nie gniecie i nie uwiera), ale w kosc daja nam sie… szakale. Te bezczelne psiaki praktycznie wlaza do namiotu w poszukiwaniu resztek jedzenia.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Rano o swicie wybieramy sie do Sossusvlei. Tam wlasnie sa niesamowite czerwone wydmy tak czesto pokazywane na zdjeciach z Namibii. Wydmy sa przepiekne, uroku im dodaja im smugi piachu porywane przez silny wiatr. Na wydmy mozna sie wspinac, mozliwe jest to jedynie wczesnie rano, gdyz pozniej temperatura gwaltownie wzrasta. Po poludniu powoli spada, ale i tak ok 5 temperatura przekraczala 40 C, a piach palil stopy nawet przez buty.
Aby tam sie dostac, trzeba przejechac 60 km szosa, i ostatnie 5 km mialkim piachem.
Jakims cudem udaje nam sie przejechac te 5 km i co dziwo nie utknac w piachu. I to dwa razy! Cudem, bo nie stosujemy sie do glownej reguly jazdy po piachu – otoz regula ta niedokladnie nam znana, mowi, ze nalezy spuscic powietrze do poziomu ok 0.8 (normalni ok 2.4). My spuscilismy tylko do 1.8. I sie udalo!

Robimy sobie kilka zdjęć na tle osławionego drzewa...

Robimy sobie kilka zdjęć na tle osławionego drzewa…

Niestety to szczescie nie dopisuje nam w wietrznym i deszczowym Walvis Bay, naszym nastepnym miejscu, gdzie w poszukiwaniu kolonii fok zakopujemy sie w piachu na lagunie po same samochodzie bebechy.
Caly czas chodza mi po glowie czarne mysli o plywach oceanicznych porywajacych nasza lupinke Zuzke w czelusci oceanu.
Kopiemy piach. Raz z jednej, raz z drugiej strony… Troche z przodu, troche z tylu… I nic. Auto zaglebia sie dalej w pialkim piachu. Wygladalo na to ze w tym piachu utoniemy.
Na szczescie duzy Bolek dostrzega we mgle na horyzoncie jakies pojazdy. Zaczynamy trabic, ale na wypadek gdyby nie slyszeli, duzy Bolek rusza biegiem w obawie ze odjada. Na szczescie nie sa daleko, moze jakis kilometr albo dwa. Tyle ze bylo kiepsko widac przez mgle i mzawke.
Po paru minutach dociera do nas Mitsubishi Pajero i stara, wysluzona Toyota Hilux ktora wyciaga nas z piachu instruujac przy okazji jak sie jezdzi po piachu. Spuszczamy powietrze do nieszczesnego 0.8 (dopiero tu sie dowiadujemy sie ze to poziom najbardziej optymalny) i jakims cudem, zmarznieci i ciut przemoczeni dalej jedziemy dalej o wlasnych silach.
Obywa sie bez akcji ratunkowej, ktora zapewne porzadnie nadszarpnelaby nasz budzet.

Namibia2012 220a

Swakopmund to jedna z Namibijskich metropolii (obok Windhoek i Walvis Bay).
W rzeczywistosci to male, fajne poniemieckie miasteczko, z kolonialna architektura. Wbrew oczekiwaniom, klimat z Afryka niewiele ma tu wspolnego… Wietrzysko przypomnia mi raczej o nieco bardziej znanym Polakom Dover… Albo o Kieleckim dworcu w na ktorym przyslowiowo p****.
Spedzamy tam na 3 noce, oczekujac tropikalnego klimatu i odpoczynku jak w Durban czy Capetown. Nic bardziej mylnego! Choc miasteczko jest fajne a kamping (Alte Brucke)jest o wysokim standardzie (wlasna lazienka, trawa, sporo miejsca do parkowania) to jednak 3 dni w miejscu gdzie ciagle wieje to ciut za dlugo…
Co ciekawe, taki klimat panuje tylko na wybrzezu Oceanu Atlantyckiego, jakies 15-20 kilometrow wglab, panuje wieczne pustynne lato.
Do Sandwich Bay nie udaje nam sie dojechac… Bylby to wyczyn jeszcze bardziej extremalny niz utkniecie w piachu na lagune, bo po piachu jedzie sie cale 150 km (i tyle samo z powrotem, bo innej drogi nie ma). No i nie ma kierunkowskazow. A GPS nie wie gdzie jest, bo drogi nie ma…

Odpoczywamy co nieco i nastepnego dnia ruszamy w strone Kamanjab, gdzie znajduje sie osada ludow Himba, po drodze zahaczajac o poczatek Skeleton Coast gdzie mozna obejrzec wrak statku ktory wszedl tu na mielizne w 2008 roku i przebijajac kolejna opone…
Pozbywamy sie czesci zapasow – juz teraz wiemy, ze zabralismy za duzo i po prostu nie warto tego ciagnac, zwlaszcza, ze nie da sie tego przewoezc przez Botswane, ktora ma znacznie bardziej restrykcyjne przepisy o przewozie zywnosci.

Namibia2012 257a

Zatrzymujemy sie na jedna noc w Alpec Bush Camp – fajne miejsce ktore oferuje noclegi w namiotach safari z wlasna lazienka, kuchenka, grillem etc. Jak na warunki w Namibii dosc tanio (250 NS =~100 zl/ osobe./noc)

Ludy Himba (jakies 5 km od Kamanjab znajduje sie ich wioaska, a raczej skansen, bo prawdziwe wioski sa w Kaokaland, gdzie trudno jest sie dostac) to ciekawe zjawisko. Najbardziej charakterystyczne jest to, ze sie nie myja, tylko okadzaja.
Czytalam gdzies opinie ze ktos byl szalenie zdziwiony, ze okadzanie dziala, i ze nie smierdza. Ten ktos chyba mial jednak chroniczny katar, bo to co napisal to kompletna bzdura. Nie smierdza moze z daleka, ale jak juz stana w poblizu to… no coz, fialkami to oni nie pachna… Toaleta to zapalanie lampki i smedzenie jakichs ziol czy galazek. Pranie to samo… Nawet perfumy to jakis dymek zlapany jak dzin do butelki.
W wiosce jest pelno dzieci, ktore zaraz oblegaja nas jak muchy w oczekiwaniu slodkosci.

W wiosce u Himba

Zalujemy ze nie mamy cukierkow, bo mozna bylo poczestowac dzieciaki.
Maly Bolek wpada w trans objasniania maluchom jaj dziala jego czolg-zabawka, troche sie obawiamy konfliktu gdyby dzieciaki chcialy ten czolg skonfiskowac, co zapewne wywolaloby protest Malego Bolka, ale dzieciaki zachowuja sie wzorowo i oddaja zabawke.
Wizyta w wiosce Himba jest krotka, bo czeka nas jeszcze pare godzin jazdy do Etosha, dokad dojcieramy juz bez zadnych przygod.

Na kolejne 2 noce zatrzymujemy sie w Okaukuejo. Po rozbiciu namiotu jedziemy na popoludniowa przejazdzke po parku.
I tu musze przyznac otwarcie – park Etosha nie zrobil na mnie piorunujacego wrazenia. Najbardziej nie podoba mi sie to, ze wiecej niz polowa parku dostepna jest jedynie dla grup zorganizowanych, za ktore oczywiscie dosc slono sie placi. No ale coz, ich park, ich reguly. Czesc ktora odwiedzamy w porownaniu z Kruger Park w RPA wypada tak sobie.
Z jednej strony widzimy cale mnostwo wielorakich kopytnych zwierzakow, wiec na brak zwierzat narzekac nie mozna. Udaje nam sie zobaczyc takze lwice z mlodymi ktora przyczaila sie w krzakach, slonie, pare zyraf, nosorozca… Troche ptactwa przeroznego i szakali. Najwiecej bylo antylop i zebr.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pod koniec drugiego dnia postanawiamy pojechac w miejsce gdzie wczesniej widzielismy lwice z maluchami. Mamy nadzieje ze jeszczde tam bedzie. Odszukujemy miejsce, rozejrzelismy sie do okola i nic… Lwicy jus nie ma. Zawracamy i udajemy sie w kierunku bramy parku – jest po 5, zostala nam niecala godzina aby wydostac sie z parku. Do przejechania 30 km z ograniczeniem predkosci do 40 km. Jedziemy sobie a tu ryps… Poszla kolejna opona… W samym srodku parku, niedaleko siedliska lwow… W parku nie powinno sie wychodzic z samochodu. Nigdy nie wiadomo co sie przyczai w poblizu. No ale jak tu zmienic kolo bez wychodzenia z samochodu?
Oddalamy sie nieco jadac bardzo powoli od miejsca gdzie widzielismy wczesniej lwy. Pewnie dalej byly gdzies w okolice tylko lepiej schowane. 30 km jazdy bez opon to meczarnia dla samochodu i prawdopodobnie kolo do wymiany, wiec nie do zrobienia. Nie bardzo chcemy zglaszac to rangerom, bo tutaj wszystko co nie jest w standardzie sporo kosztuje.
Blondyny staja wiec na czatach (Maly Bolek w samochodzie) a Duzy Bolek zmienia kolo.
Akcja przebiega sprawnie i szybko, Duzy Bolek nabral juz wpray i wymiana zajmuje nam tylko 10 minut. Jak oni to robia w Formule1 w minute? Z parku wycjezdzamy juz na styk, na szczescie bez problemow.

Rankiem nastepnego dnia oficjalnie zaczynamy pwrotna podroz. Do tej pory jezdzilismy po ichnich zuzlowych drogach, a wiec ochoczo wyczekujemy asfaltu a nieco pozniej autostrady Trans-Kalahari. Tak gwoli informacji – trans-Kalahari to w miare porzadna szosa z jednym pasem ruchu po kazdej stronie. Ze wzgledu jednak na niewielki ruch, srednia predkosc jazdy to ok 130-150 km/h.
Zatrzymujemy sie na noc tuz przy granicy z Botswana w East Gate Rest Camp, ktory goraca polecam. Porzadne zakwaterowanie, jak na Namibie nie drogo, bardzo pomocny wlasciciel ktoremu bez prowizji moglismy placic zarowno w randach jak i dolarach namibilskich czy botswanskich pulach i pare innych drobnych udogodnien.
Rano udajemy sie w droge to domu. Jedzie sie bardzo dobrze, wiec omijamy Jwaneng i Kanye gdzie poczatkowo mielismy sie zatrzymac i udajemy sie prosto do domu. Docieramy tuz po 8 wieczorem, zmeczeni, ale zadowoleni ze juz jestesmy w domu i mamy jeden dzien na odpoczynek po naszej wyprawie 🙂

Podsumowujac:
– przejechalismy 6040 km w 11 dni
– ok. 3500 tys km (od Uppington do Kamanjab) bylo bo zwirowych drogach – generalnie sa dobrze utrzymane, da sie pojechac po nich ok 100 km/h
– zmiana opony – 3x. Mielismy 2 zapasowe + kolo, jedna zostala kompletnie zniszczona, dwie zostaly naprawione. Absolutna koniecznosc! Nie wybierac sie w droge bez zapasowych opon
– 20 l benzyny w pojemniku na zewnatrza samochodu – nam sie nie dokonca przydala, ale lepiej miec z soba. Przy 2.5 milionach ludzi na terenie kraju ktory prawie 2,5 krotnie przewyzsza obszar Polski, na samochod przejezdzajacy ta sama trasa mozna czekac godzinami, a przy niektorych trasach nawet i dniami…
– bilans wydatkow (koszty calkowite) – ok 3 tys zl na osobe
– noclegi – kampingi ok 130-150 NS/os/dobe (50-60 zl) domki/ namioty safari – od 250 NS (100 zl) wzwyz (zaleznie od standardu)
– benzyna – ceny nieco nizsze niz w RPA, w kwietniu 2012 roku on 10-10.2 NS/litr (~4 zl/ l)
– jedzenie – nieco drozej niz w Polsce

Przeczytaj także:

Wspomnienia z Namibii cz.1 – Sossusvlei
Wspomnienia z Namibii cz.2 – Deadvlei
Wspomnienia z Namibii cz.3 – wizyta w wiosce Himba

Advertisements

9 thoughts on “African Road Trip – czyli blondynów i blondynek przygody w Namibii

  1. Bardzo fajna przygoda z „dreszczykiem” – ta zmiana koła w parku i zakopanie się na plaży w Walvis Bay lekko mnie przeraziły 😉 Sami byliśmy na safari w Kenii i słyszeliśmy o tym zakazie wychodzenia z samochodu, więc był lekki niepokój 😉 Ciekawe doświadczenie również z wizytą u plemienia Himba, choć nie wiem jak bym zniosła te ich „zapachy” – pamiętam, że u Masajów nie było najgorzej… 🙂

    • U Masajow w porownaniu z Himba bylo pod tym wzgledem OK (tez bylam w Kenii), tutaj na kulture na pewno wplynal dostep do wody – w Masai Mara jest jej po prostu wiecej, wiec nie byla az tak istotna jak u Himba. W tym parku to sie niezlego stracha najedlismy… Na plazy zreszta tez…

  2. Pingback: Wspomnienia z Namibii cz.1 – Sossusvlei | Blondynka w Krainie Teczy

Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s