Moja historia – o pannie co z księżyca spadła

Dziś kolejny post sponsorowany przez Klub Polki na Obczyźnie.
Rośniemy w siłę, a wraz z tym pojawiają się nowe pomysły i nowe tematy. Wygląda na to, że w miarę wyczerpywania zagadnień związanych typowo z RPA, więcej będę pisała na tematy rzucone przez Klub.
A oto Moja historia – jak to się stało że wybrałam życie na emigracji?
STOP – czy ja naprawdę to życie wybrałam?
Czy raczej to ono wybrało mnie – rzucając przede mnie sploty wydarzeń które zaczęły tworzyć wątek zwany emigracją…

Moja przygoda z emigracją zaczęła się lata świetlne temu, nawet nie pamiętam dokładnie kiedy. Pamiętam tylko, gdy podczas wakacji z blaskiem w oczach opowiadałam mojemu wczesno-nastoletniemu adoratorowi o planach wielkich podróży jakie miałam odbyć w swoim życiu. Patrzył na mnie z podziwem.
Takiej wiary w moje siły i możliwości nie widziałam już nigdy w oczach żadnego faceta, dopóki nie urodził się mój synek, w którego oczach czasem dostrzegam podobny błysk. No ale to nie to samo 😉

Vaal
W zasadzie to decyzję o wyjeździe z Polski (który odbywał się etapami i nigdy nie miał znamion emigracji) zawdzięczam trzem osobom.

  • Pewnej „Pani od Fizyki” – gnębiła mnie ona od pierwszej klasy liceum, powodując ucieczki do świata marzeń, którego istnienie skutecznie podsycił mój nastoletni „narzeczony”. Mój świat marzeń mieścił się nad pobliskim jeziorem, a ucieczki nasilały się gdy poprawiała się pogoda. Miałam nieodłączną towarzyszkę – w zasadzie dwie, ale się wymieniały. Za grosze wypożyczałyśmy kajak albo rowerek wodny, wypływałyśmy na środek jeziora i marzyłyśmy o podróżach… Chciałam być dziennikarką albo archeologiem. Nie dlatego, żebym się interesowała historią czy polityką ale te zawody kojarzyły się z podróżami. Oczywiście takie ucieczki do „świata marzeń” nie odbyły się bez echa – poskutkowały zawaleniem szkoły i dość wczesnym pójściem do pracy, co wydawać by się mogło odwrotnym do zamierzonego celem (bycia dziennikarką albo archeologiem) ale w efekcie pomogło w spełnieniu moich marzeń. Wykształcenie uzupełniłam, a jakże – bez tego uzupełnienia moja emigracja zapewne wyglądałaby inaczej i zamiast pracy w korpo w RPA, pracowałabym zapewne nie całkiem poniżej kwalifikacji w Londynie na zmywaku…
  • Innej „Pani z Poczty” – na pocztę trafiłam do swojej pierwszej pracy. Pani z Poczty dostrzegła moją niespokojną naturę i zasugerowała wyjazd do Londynu. W czasach, gdy jeszcze trzeba było mieć wizę. Przedstawiła innej Pani. Tamta, po wykonaniu kilku telefonów stwierdziła, że może znaleźć mi College (konieczny do otrzymania wizy) i poprosić koleżankę, aby pozwoliła mi się zatrzymać w swoim mieszkaniu na kilka dni. Miałam tylko wpłacić pieniądze na depozyt dla koleżanki. Decyzję podjęłam praktycznie od razu. Sama, bez rozmowy z kimkolwiek. Mamę poinformowałam po paru dniach. Była nastawiona sceptycznie i stwierdziła, że obie Panie zapewne mnie oszukały i swoich pieniędzy już nie zobaczę, a poza tym na pewno nie dostanę wizy… Nie miała racji i tak oto zaczął się pierwszy etap mojej emigracji – Londyn.
    Przyjeżdając do Londynu miałam w garści 100 funtów i bilet powrotny do Polski. Pracę znalazłam w ciągu tygodnia – bardzo szybko, nawet jak na tamte czasy. Miałam szczęście i otwarty umysł. To były fajne lata, poznałam wielu ludzi, nabrałam ambicji, nauczyłam się angielskiego i uzupełniłam wszystkie braki w wykształceniu które na tym etapie na szczęście nie były jeszcze jakieś tragiczne. Odbyłam kilka „podróży marzeń” w różne strony świata. Tym razem prawdziwych. a nie w wyobraźni. I… w końcu wróciłam do Polski.
  • Pewnemu „Facetowi, który Złamał mi Serce”. To już było gdy po pierwszym etapie emigracji, gdy pracowałam w swojej pierwszej korpo. On też wierzył w moje możliwości i pewnego dnia stwierdził, że powinnam wyjechać, zostać jakąś panią dyrektor albo inną szefową – gdzieś daleko najlepiej, bo mu mieszam w życiorysie. A ja jemu na złość „wzięłam i wyjechałam”.
    Nie tak od razu – najpierw wysłałam CV. Potem drugie. Rozmowy kwalifikacyjne odbyłam z obiema firmami. Jedna z nich złożyła mi propozycję pracy. W zasadzie nie sądziłam, że uda mi się znaleźć pracę. A już na pewno, że tak szybko. W końcu były już to wczesne lata naszego nowego tysiąclecia – spore bezrobocie i marne pensje. Decyzję podjęłam tak samo szybko, tak jak decyzję wyjazdu do Londynu kilka lat wcześniej. Nie wyjechałam daleko, bo tylko do Warszawy, ale wystarczająco daleko aby przekreślić szanse zbudowania czegokolwiek z niezdecydowanym człowiekiem który mi ten wyjazd zasugerował.

I ten wyjazd przypieczętował mój los. Trafiłam do następnej korpo a potem dość szybko kolejnej. Miałam szczęście. Po trzech latach pracy, gdy właśnie zaczynałam odrobinę się nudzić, moja korpo była na etapie testowania dość innowacyjnego programu cięcia kosztów. Polegał on na transferach międzynarodowych pracowników z krajów „tańszych” do „droższych”.
Przy czym kraje droższe nie zawsze oznaczały kraje wysoko rozwinięte – ale ogólnie te, w których koszty pracowników już nieźle przetrenowanych w realiach danej firmy są wysokie, ze względu na dostęp do wykwalifikowanej i doświadczonej kadry. A więc oprócz krajów rozwiniętych, również kraje Trzeciego Świata….
Zasada była taka, że propozycje przeniesień dostają elastyczni, młodzi ludzie, głównie single, z kilkuletnim doświadczeniem.
Tacy, którzy z łatwością przystosują się do życia na kontrakcie odnawianym co pare lat w innym miejscu. Bo to miał być kontrakt. Przeniesienia miały być co 2-3 lata, a każde z nich wiązało się z awansem. Kto by nie chciał dostać się do takiego programu. Czy aby na pewno?
Otóż okazało się, że wcale nie. Kilka osób z korpo dostało propozycje, ale po przeanalizowaniu ofert je odrzuciło. Propozycje do Pakistanu czy Nigerii nie zawsze były atrakcyjne, propozycje do UK czy innych krajów europejskich nie zawsze opłacalne. Dubaj czy Singapur – tych fajnych propozycji było bardzo niewiele…

Mój szef najpierw lekko mnie wysondował na temat co myśle o przeniesieniu w ogóle.
Przy pozytywnej reakcji uchylił rąbka tajemnicy i powiedział, że chodzi o kraj egzotyczny. Przy dalszych pozytywnych sygnałach, powiedział, że wszystko sprawdzi, pogada z „bazą” i da mi znać.
Baza długo milczała. A jak już się odezwała, to miałam być w RPA (!) już zaraz, najlepiej wczoraj…
Bo taka jest RPA 😉 Tutaj szef wykazał się większą ilością rozsądku niż baza i po prostu wysłał mnie na zwiady. Po przyjeździe miałam nad tym bezstresowo pomyśleć i dać mu znać, ignorując ewentualne pytania kiedy przyjeżdzam docierające do mnie z bazy.

Tym razem przed podjęciem decyzji skonsultowałam się ze znajomymi oraz z kilkoma przedstawicielami rodziny.
Wszyscy bardzo mnie wspierali w procesie podejmowania decyzji stwierdzeniami że zwariowałam tudzież przynajmniej z księżyca spadłam – podsyłając mrożące krew w żyłach statystyki i linki do artykułów w Internecie, z których zazwyczaj wynikało, że w Johannesburgu zostanę napadnięta, okradnięta, zgwałcona i zamordowana.
Niekoniecznie w takiej kolejności.
No i co ja zrobię z kotem? No bo jako wytrawna już „stara panna” i kota się w tej Warszawie dorobiłam!
Równolegle negocjowałam z „bazą” warunki swojego przeniesienia – no bo w końcu skoro przeniesienie nieobowiązkowe, to czemu by coś na tym dla siebie jeszcze nie „ugrać”?
Firma zrewidowała ofertę w zasadzie do poziomu przy którym nie było się już do czego przyczepić. Nie byłam pewna czy dobrze robię, ale bardziej niż RPA obawiałam się, że podobna propozycja już się nie pojawi… I tak się znalazłam w RPA. Kot niestety nie dotarł, choć wszystko było przygotowane na jego transport i przyjęcie, dał drapaka z balkonu od mamy, przeczuwając chyba co go czeka…

Pierwsze miesiące w RPA nie były łatwe. Musiałam kupić samochód, wynjąć mieszkanie, zarejestrować się w urzędzie podatkowym.
Organizacją pozwolenia na pracę zajęła się firma (całe szczęście). Choć na początku pomagała mi we wszystkim konsultantka wynajęta przez firmę, nie były to łatwe dni.
Pracując w fabryce w niezbyt kobiecym zawodzie, brakowało mi kobiet – koleżanek na ploty i na kawę. Te nieliczne które ze mną pracowały, wszystkie „żony i matki” wcale nie były skore do integracji z singielką z Polski. Może bały się o mężów?
Pozostali mi więc faceci, którzy mniej „dyskryminowali” moją osobę. Zamiast na kawę zaczęłam chodzić na piwo, zaczęłam się trochę udzielać sportowo, sporo podróżować po RPA – większość wieczorów i praktycznie każdy weekend wykorzystywałam, aby wyrwać się poza bramy kompleksu w którym mieszkałam (i do życia w którym jeszcze się nie przyzwyczaiłam), wyjść do ludzi. Chłonęłam RPA jak gąbka wodę, i… bardzo szybko poznałam mojego męża 😉

No to dlaczego nie wymieniam go jako osoby która wpłynęła na moją decyzję o pozostaniu w RPA??!
Bo mimo, że dalej mieszkam w RPA, mimo, że ze względu na moją własną, nowo założoną rodzinę postarałam się o pobyt stały (bo nieco ułatwia on życie), to nie moja rodzina jest powodem, dla którego dalej jesteśmy w RPA.To nie jest łatwy kraj. Prawdopodobnie kiedyś go opuścimy – choć nie do końca wiemy jeszcze kiedy.
Tym, co nas trzyma w RPA jest praca, zarówno moja jak i męża – zbyt dobra, aby ją rzucić i wyjechać. Ja mogłabym znów skorzystać z opcji transferu międzynarodowego i wrócić do Polski, ale wtedy pewnie zostałabym „głównym żywicielem rodziny”, bo trudno oczekiwać, że mój mąż znalazłby dobrą (a taką ma obecnie) pracę w Polsce. Nie jest też raczej typem człowieka który zaakceptowałby rolę „ekspata na holu” (dość niefajnie określanego po angielsku jako „trailing spouse”) próbującego dotrzymać kroku swojej żonie. Tak więc póki co mieszkamy w RPA.
Korzystamy z wszystkich przywilejów jakie póki co niesie życie w RPA w porównaniu do tego, co pewnie by nas czekało w Polsce. Staramy się unikać zagrożeń. Tak, mamy kraty w oknach, alarmy… Poziom bezpieczeństwa, który kiedyś kojarzył mi się z klatką, ale do którego się już przyzwyczaiłam.
Ja się trochę już wypalam. To nie RPA mnie wypala, ale po prostu praca z „targetami”, „kej-pi-ajami” i innymi ustrojstwami. Chciałabym zwolnić, a tu nie bardzo się da. Aby utrzymać dobry poziom życia w RPA naprawdę trzeba pracować na wysokich obrotach. Mimo, że podróże do pięknych i egzotycznych krajów są już teraz w zasięgu ręki, to mój dalej niespokojny umysł jeszcze czegoś szuka. Czego? Może spokoju tym razem?

A więc co dalej? Kto wie? Może wczesna emerytura w Polsce 😉 Albo przynajmniej w Cape Town! Jak już się odważę wyrwać z korpo-świata i bez presji zdecydować jak i gdzie dalej żyć…

Blouberg

Przeczytaj także:

Reklamy

19 thoughts on “Moja historia – o pannie co z księżyca spadła

  1. Bardzo fajna i odważna historia, podziwiam! Masz w sumie porównanie, czy wyjazd do Londynu różni się od wyjazdu do bardziej hm egzotycznego kraju, ciekawe… Wydaje mi się, że wyzwanie jest jeszcze odrobinę większe. Pozdrawiam serdecznie!

  2. Bardzo ciekawa i na swój sposób nietypowa historia! To jeden z pierwszych Twoich wpisów, jakie mam okazję przeczytać, ale zaraz ruszam na podbój bloga! Jestem ciekawa, jak wygląda życie w RPA.
    Do przeczytania!
    Ada

  3. Niesamowite jest jakie rzeczy mają wpływ na scenariusz naszego życia. Rozumiem, ze masz już dość tego pędu, sama niedawno rzuciłam pracę typu wyścig szczurów i była to jedna z najlepszych decyzji w moim życiu. Teraz mam spokój i czas, ale czegoś ciągle mi brak, gdzieś tam jeszcze czaka na mnie świat. Bardzo się cieszę, że dzieki temu projektowi moge poznać tak samo niespokojne duszyczki jak ja. Życzę powodzenia w dalszych decyzjach. Pozdrawiam

  4. Jesteś młodą osobą a już tyle przeżyłaś i to jest godne pozazdroszczenia. Dobrze, że są takie blogi na których taka jak ja kura domestic , może prawie dotknąć tych klimatów i wrażeń, które los zsyła takim otwartym na świat ludziom 🙂 bystry chłopak z Tego synka 🙂

  5. Fantastyczny wpis 🙂 Ja myślę, że takim osobom, jak Ty – z otwartym umysłem, gotowych przyjąć świat na klatę takim, jaki jest – przydarzają się głównie dobre i ciekawe rzeczy! Kto wie, gdzie Cię jeszcze rzuci? 😀

  6. Bardzo ciekawe! Tak pomyślałam, że życie w sumie i tak ma dla nas gotowy scenariusz 🙂 Wydajesz się być odważna, no i ciekawa świata, co widać po tym, że już chcesz skrzydła rozwinąć i pofrunąć w nowe nieznane miejsca.
    Podziwiam Cię, naprawdę.
    PS. Moja rodzina też tak biadoli, jak chcemy pojechać na wakacje w jakieś owiane „złą opinią” albo teoretycznie niebezpieczne miejsce. A stać się coś może wszędzie, nawet we własnym domu.
    Serdeczności!

    • Dokladnie – wydaje mi sie, ze wazne jest, zeby zamiast ciaglej walki z tym co nam staje na drodze zastanowic sie, czy nie ma to pozytywnych aspektow i na nich sie skoncentrowac. Na dzis nie zmienilabym nic w moim zyciu, nie dlatego, ze wszystko zawsze robilam najlepiej, ale dlatego, ze balabym sie, ze cos schrzanie przez te zmiane 😉

  7. Uwielbiam ten projekt, dzięki niemu można poznać tyle wspaniałych historii, każda inna. Życzę Ci żebyś dalej nie obawiała się realizować swoich marzeń:) Pozdrowienia

  8. Jak tak czytam Twoje przeżycia to widzę po części siebie… też korpo, też emigracja, jeszcze brak własnej rodziny, ale nie singielka… ciągle inny kraj i zapowiada się jeszcze ciekawiej, też zawód nie dla kobiety, dużo KPI i innych targetów…. hmm 🙂 pozdrawiam i życzę jednak żebyś się nie wypaliła tylko znalazła ten środek, który na nowo doda Ci energii!

Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s