Pożegnanie z korpo – czyli dlaczego dalej “jestę lemingię”

Stało się. Po 11 latach w mojej „starej korpo” w poniedziałek przyszedł czas na pożegnanie. Nawet łezkę uroniłam.
Ale co za dużo, to nie zdrowo, no i w sumie daleko nie odeszłam, bo do następnej korpo. Nawet przemysł nieco podobny. I lokalizacja….
Dla zdrowia psychicznego czasem lepiej coś zmienić. Człowiek popada w rutynę, zaczyna narzekać, zdaje mu się, że wszystko wie najlepiej. No bo jest gdzieś już ponad dekadę.
Ja na razie nie jestem w stanie całkiem się ze światem międzynarodowych korporacji pożegnać. Bo chociaż męczą i wyczerpują psychicznie, to mają swoje plusy.
Pracę w „nowej korpo” zaczęłam wczoraj – nie będę więc jeszcze nic pisała (bo za mało tu widziałam). Póki co nie zapeszam 😉
Trochę refleksyjnie jestem nastawiona, postaram się więc pokrótce w kilku (dziesięciu…) zdaniach podsumować moją dekadę w starej korpo.

Dlaczego w ogóle korpo?

Otóż korpoludkiem stałam się całkiem przypadkiem. Po wielu latach spędzonych w UK, właściwie jedyne, co dobrze znałam to język angielski, a jedyne co potrafiłam robić, to… opiekować się kimś. W sumie były to dzieci, chomiki i psy – ale najwyraźniej moja pierwsza korpo uznała, że umiejętności opieki nad małolatami w połączeniu ze znajomością angielskiego świetnie się sprawdzą, jako że potrzebowali kogoś do opieki nad zgrają japońskich i angielskich ekspatów, którzy wtedy rozwijali firmę.
W tamtej korpo w sumie też sporo wytrzymałam, bo jak na początek kariery trzy lata to sporo… Potem flirt z kolejną korpo i „voila”- moja „stara korpo” (ta z której właśnie odeszłam, nie ta pierwsza) mnie upolowała w starym, headhunterskim stylu. W zasadzie to nie nadawałam się na stanowisko, ale ponieważ coś ich do mnie przekonało to zaoferowano mi inne. Zżyłam się z korpo, z ludźmi w niej… Przez jedenaście lat trudno się nie zżyć. I sporo się nauczyłam. A po trzech latach w Polsce i ponad ośmiu w RPA, stwierdzam, że nie ma wielkich różnic w tym, jak korpo działa w Polsce i w RPA…

Korpo żywi, korpo radzi, korpo nigdy cię nie zdradzi!

Większej bzdury dawno nie słyszałam. To z definicji nie jest i nie może być prawdą, a slogan jest chwytliwy tylko dlatego, że się rymuje i nawiazuje do poprzedniego systemu politycznego ;-). Każda korpo spławi nieefektywnego pracownika, albo takiego, który komuś podpadł. Bo korpo to tylko ludzie. Korpo zawsze będzie się starała wypracować zależność pomiędzy pracownikiem a „sobą” – i dopóki obie strony są zadowolone z takiego układu, nie ma w tym nic złego. Stąd też imprezy integracyjne, pożyczki bez oprocentowania, ścieżki kariery. Korpo po prostu nie chce „zostać na lodzie”, dlatego stara się dbać o pracowników, zwłaszcza, tych dobrych. Ale to nie znaczy, że są niezastąpieni… Niejeden korpoludek gorzko się rozczarował, gdy pękła bańka mydlana którą brał za cały świat… Bo podpadł szefowi, czy wpływowemu koledze z projektu, takiemu co to po trupach do zwycięstwa. Kluczem do sukcesu jest albo rozpoznać moment w którym powinna nastąpć ewakuacja, albo profilaktycznie ewakuować się co parę lat, tak na wszelki wypadek… Tak więc zaletą korpo nie jest absolutnie powyższy slogan, ale raczej to, co z niego wynika – dynamika, i związany z nią stres, który na wiele osób wpływa… pozytywnie. Bo zmusza do rozwoju i wytężoonej pracy umysłowej, choćby aby uniknąć wszystkich korporacyjnych zasadzek i przedrzeć się przez meandry polityki biurowej.

Gaszenie pożarów

W korpo ciągle coś się pali. I trzeba coś gasić. Nie ma korpo bez pożarów, bez dramatów. A jak jest, to zazwyczaj jest to cisza przed burzą… Jak sobie radzić z pożarami? Trzeba przekonać innych, że wasz jest większy i ważniejszy 😉 Im większy pożar, tym, większy sukces z gaszenia. Niektóre korpoludki są ekspertami w gaszeniu pożarów. Pną się zazwyczaj bardzo szybko, i przerzuca się ich z jednej palącej się placówki do drugiej. Jeśli taki ekspert od pożarów nie ma co gasić, to…  sam pożar tworzy.  Taki stan rzeczy może trwać nawet parę lat, zanim się ktoś zorientuje, więc korporacyjni „podpalacze” zazwyczaj mają się dobrze. Aż nagle… ktoś stwierdza, że te pożary to bujda i trzeba się ewakuować. Korporacyjni „podpalacze” wyznają często zasadę  „po trupach do celu”, trup wokół nich sieje się więc gęsto, bo nie lubią tez ponosić konsekwencji wywołanych pożarów, a winny musi być. Choćby po to, aby zrobić „case study”… Najlepiej takich odpowiednio wcześniej rozpoznać i unikać. I albo nie przeszkadzać w gaszeniu wyimaginowanych pożarów, albo zadziałać raz a konkretnie, obnażyć „podpalacza”. To jednak może być i trudne, a nawet źle postrzegane.

Wyścig szczurów?

Na pewno, ale można sobie z tym poradzić. Chodzi głównie o organizację pracy – swojej i swojego zespołu, jeśli taki ktoś posiada. Nienormowany często czas pracy nie może się przekładać na zaniedbywanie obowiązków, a generalnie im więcej typowy korpoludek potrafi, tym więcej ma obowiązków. Trzeba po prostu znaleźć swój punkt równowagi, pomiędzy dążeniem do rozwoju kariery, a zdrowiem psychicznym. Mnie chyba się to udało, choć nie bez zgrzytów. Przydaje się asertywność, a czasem nawet agresja, bo trzeba umieć powiedzieć stanowcze „nie”.. Ale jest haczyk – trzeba być dość dobrym, w tym co się robi. Na tyle dobrym, aby firmie „nie chciało się” wymieniać takiego delikwenta. Wbrew temu, co się słyszy na rynku, wymienić pracownika wcale nie jest tak łatwo, bo nowy pracownik nie zawsze będzie lepszy a jeszcze trzeba go szkolić… W zasadzie dopiero po jakimś roku widać czy to ktoś wartościowy, czy gołosłowny partacz – „businesman bajerant”.

Kociołek multi-kulti

W zasadzie ten kociołek to fajna sprawa. Mnie się on podoba. Co nie znaczy, że nie zdarzają się problemy. Po pierwsze znajomość języka angielskiego. Nawet w korpo francuskiej, czy niemieckiej (a oni angielskiego nie lubią…) obowiązującym językiem jest angielski. Wiem to z zeznań innych korpoludków. I generalnie im więcej języków się zna, tym lepiej (bo łatwiej wtedy o zmianę lokalizacji, a to pozytywnie wpływa na karierę każdego korpoludka), choć generalnie angielski wystarcza. Następnie praca w typowo „nienormowanych’ godzinach, i to nie dlatego, że szef się uparł, ale często ze względów typowo praktycznych. Bo gdy „my” się budzimy, to Australijczycy kończą pracę… No i oczywiście różnice kulturowe, też nie bagatelne. Bo np. Niemcy to formaliści. Japończycy są uczciwi, ale każdy nawet mały problem to „deal breaker” jeśli nie dostaną, czego chcą. Południowcy muszą odpocząć zanim za coś się wezmą, więc trzeba brać poprawkę na czas wykonania zadania… Każdy je inaczej. Pożądna korporacyjna kantyna oprócz standardowego wyżywienia ma sekcje halal, kosher, vegeterian a czasem nawet vegan… Na pewno przyjdzie kiedyś pracować w międzynarodowym zespole. Jeśli będzie to fajny zespół, czekają was wieczory rozmów przy piwie czy winie – o wszystkim! Ja nasze zespołowe spotkania bardzo mile wspominam (choć nie zdarzały się tak często, jak byśmy chcieli).

Życie na lotnisku i życie na walizkach…

To już zależy od stanowiska jakie się zajmuje, ale generalnie firmy tną koszty podrózy. Więc zanim kogoś gdzieś wyślą (zwłaszcza za granicę), to kilka razy zastanowią się, czy warto. Tak sięc generalnie i chyba w większości przypadków tych podróży nie będzie aż tak wiele, aby się nimi zmęczyć, zwłaszcza, gdy ktoś lubi podróże i życie w trasie. Oczywiście jeśli ktoś ma rodzinę, to może mu to nie odpowiadać, ale w miom przypadku nie były to jakieś specjalnie uciążliwe podróże ani terminy, kilka razy w roku i generalnie nie na długo. Najdłuższy był wyjazd budżetowy – tydzień, potem, już kilkudniówki. Oczywiście pracując w sprzedaży podróży jest dużo więcej, ale często czas spędać będziecie na lotniskach lokalnych, niekoniecznie międzynarodowych.

Życie na walizkach to nieco inna strona tematu. Typowy korpoludek, jeśli chce iść do góry, musi być mobilny. Gotowy jechać, gdzie go korpo rzuci, nawet tam, gdzie diabeł mówi dobranoc i być gotów spędzić tam kilka lat w ramach rozwoju kariery. Zaczyna się od kiepskich lokalizacji – Pakistan, Nigeria itp. Mnie trafiło się RPA na początek i w sumie nie najgorzej, bo z wielkim oporem traktowałam pozostałe propozycje, co zdecydowanie przyhamowało mój korporacyjny rozwój. Dlatego też jestem tu gdzie jestem 😉 w punkcie wyjścia, tyle, że w innej korpo!

O korpo w ogóle (nie żadnej z „moich”) więcej piszą Korpostajl oraz Korpo-Detox (dużo to memy)

Reklamy

5 thoughts on “Pożegnanie z korpo – czyli dlaczego dalej “jestę lemingię”

Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s