Pięć ważnych dla mnie miejsc

Nieczęsto piszę na blogu o sobie. Lubię swoją prywatność, chyba nie podołałabym blogowym dyskusjom analizującym moje decyzje czy postępowanie. Nawet tym przyjaznym, nie mówiąc o hejcie,  który też się w końcu zdarza.
Ale projekt Klubu Polek na Obczyźnie o pięciu ważnych dla nas miejscach wzbudził we mnie refleksje, którymi postanowiłam się podzielić. Bo te ważne miejsca są bliskie mojemu sercu, bez nich nie byłoby mnie taką, jaką jestem.

A więc…

1) Kielce, a zwłaszcza pewna niewielka poczta 🙂

Kielce to moje rodzinne miasto. To tutaj stawiałam pierwsze kroki w dorosłość. A konkretnie  na tej małej poczcie, do której trafiłam w 4 klasie liceum. Nie, nie na praktykę:-) ja po prostu byłam Zosia Samosia i chciałam się jak najszybciej usamodzielnić. Gdy skończyłam 18 lat, postanowiłam zmienić liceum na zaoczne i iść do pracy. A co!

poczta_polska_mailbox

Na poczcie było nas pięć. Trzy młode zakręcone laski  (ja i dwie inne dziewczyny, z którymi szybko się zaprzyjaźniłam), pani naczelnik z niewielkim problemem alkoholowym i najbardziej chyba zakręcona że wszystkich „pani Krysia”, która nas motywowała,  wjeżdżała na ambicje i wysyłała gdzieś w świat,  no bo my młode jesteśmy i szkoda nas na to nudne pocztowy życie. Muszę przyznać,  że nasza poczta była wtedy ośrodkiem życia osiedlowego 🙂

Równolegle z życiem pocztowym toczyło się moje życie szkolne.  Uczyłam się tylko tyle ile musiałam, resztę czasu poświęcając na kontakty towarzyskie.
To były fajne, beztroskie czasy, czasy niesłychanie nieodpowiedzialnch decyzji, imprez do białego rana z wracaniem piechotą do domu lub czekaniem na pierwszy poranny autobus. Wprawdzie taksówki już były, ale kto by tam wydawał pieniądze na taksówki.
Aż dziw, że żadna z nas nie podpadła wtedy w tarapaty, bo działo się,  oj działo…

2) Londyn

Londyn był przedłużeniem mojego dotychczasowego niefrasobliego życia.
To tam w końcu zdołała mnie wysłać owa „pani Krysia” z poczty (a stało się to kilka dni po uzyskaniu przeze mnie swiadectwa ukończenia szkoły średniej 😉
Ucieczka przed prawdziwą dorosłościa chyba, bo koleżanki zaczęły wiązać się w stałe pary, a mnie to jakoś nawet w głowie nie było.
Ba, ja nawet kolegów nie miałam,  bo moje koleżanki nie miały braci, a żaden z imprezowych towarzyszy do związków sie jakoś nie nadawał… Jeśli chodzi więc o męski element, to wokół mnie naprawdę nie bardzo było na czym przysłowiowego „oka zawiesić”.
O pracę w Londynie było wtedy łatwo, to były jeszcze czasy wiz i wizyt w konsulacie. Oczywiście nie o taką,  w której można było robić karierę;-) ale mnie wtedy i tak nie kariera była w głowie. Ja chciałam nauczyć się angielskiego i podróżować po świecie.  Praca była tylko drogą do osiągnięcia celu.
A więc niańczyłam dzieci, sprzątałam, serwowałam piwo w pubie. I absolutnie nie narzekałam na swoje życie.
Pieniądze wydawałam – najpierw na szkołę językową, potem na podróże. No i później na college, bo aby mieć wizę, musiałam się uczyć. Jakoś w locie zdałam maturę, bo stwierdziłam, że a nuż się przyda.

london

Udało mi się w młodym wieku sporo zobaczyć,  spędziłam kilka miesięcy w Egipcie i Izraelu, do Jordanii z australijską koleżanką chciałyśmy dostać się wpław (a co, czemu nie, skoro granica jest na Morzu Czerwonym i „się da”.
Na nasze szczęście chyba wyłowiła nas izraelska straż graniczna i w kostiumach wiozła przez miasto do hostelu w celu ustalenia tożsamości.
Dobrze chyba, że się to deportacją nie zakończyło,  ale izraelska straż graniczna była w naszym wieku i chyba nie chciała wyjść na sztywniaków:-)
Pewnie w ogóle mogli nas puścić, ale chcieli nam dać nauczkę i sobie pogadać z dwiema wariatkami, stąd ta jazda.
Skonczylo sie na pouczeniu, że dobrze, że nas wyłowili, bo w najlepszym przypadku byśmy do haremu jakiegoś trafiły, a w najgorszym… no cóż, tutaj strażnicy (i strażniczki) popuścili wodze wyobraźni i niezbyt ładny obrazek z tego wyszedł. Wprawdzie między Izraelem i Jordanią już od jakiegoś czasu panował pokój, ale pełno było niechęci między jednymi i drugimi.

Nieco później spędziłam kilka miesięcy podróżując przez Afrykę  (z Kenii do RPA, tradycyjnie – z plecakiem), po najniższych kosztach, i Europę (choć tę zwykle zostawiłam na koniec,  bo blisko) – czasu na oglądanie świata było wiele, bo w Londynie mieszkałam przez całe 8 lat tak sobie „nic-nie-robiąc”.
Mój apetyt na podróże rósł,  moje towarzystwo zmieniało,   z typowo backpackerskiego, na takie, które już coś w życiu widziało i zaczynało mieć zawodowe ambicje… ja też stwierdziłam,  że nie da się wszystkiego przeżyć w Londynie.
Zaczął mi doskwierać brak pozwolenia na pracę…
Aż pewnego dnia, z powodów „osobistych” postanowiłam wrócić do Polski… To była końcówka roku 1999… Nowe stulecie miało przynieść dużo zmian…

3) Znowu Kielce,  pewna międzynarodowa korpo…

To miał być tylko przerywnik. W planach miałam Australię. Na „chwile” trafiłam do korpo jako tłumaczka. Ale z australijskich planów nic nie wyszło,  i chwila potrwała kolejne kilka lat. Skończyłam w tym czasie polskie studia, które musiałam robić od początku, bo okazało się,  że dyplomy zdobyte w Londynie nie miały przełożenia na polski system.

kielce-ul_sienkiewicza_zima

Lubiłam swoją pracę w korpo. Pracowałam dla dużej znanej, japońskiej firmy – śmiałyśmy się z koleżankami, że jesteśmy poddanymi cesarza 😉
Firma próbowała wdrażać japońskie modele zarządzania,  ale ponieważ nie bardzo im to wychodziło,  przerzucili się za modele zachodnie.
W tym celu oprócz wszechobecnych ekspatów z Japonii,  ściągneli całe mnóstwo ekspatów z UK – zatrudnili też sporo młodych Polaków celu „odświeżenia” kadr, niektórym (w tym mnie) zmieniono stanowiska. Nie byłam już tłumaczką, tylko specjalistą do spraw zakupów… Ale i tak moja praca obejmowała bardzo dużo tłumaczeń.
Znalazłam się w międzynarodowym środowisku, w którym po latach w Londynie bardzo dobrze się czułam.
Ekspaci, skąd by nie byli,  mają jedną, wspólna zasadę – „work hard and play hard (-er)”, młody polski zespół oczywiście wszędzie im towarzyszył, czasami wyciągaliśmy tych naszych „podopiecznych” z tarapatów przeróżnych.
Moje życie w tym czasie kręciło się wokół firmy – spotkania, imprezy firmowe. Idealne życie dla singielki – miałam mało czasu dla siebie i… bardzo to lubiłam.
Znów mialam mnóstwo znajomych, miałam też swietnego szefa (Polaka), który nie bał się dzielić wiedzą. Punktem przełomowym było skończnie przeze mnie studiów.
Z ciekawości wysyłam CV do kilku firm i… wkrótce z łezką w oku pożegnałam się z „moją” japońską korpo…

4) Warszawa

Nie, to nie tam trafiłam po zakończeniu pracy „dla cesarza”.  Na pół roku trafiłam do innej korpo w miasteczku Płońsk,  które nie do końca mi się podobało i znów postanowiłam poeksperymentować  z wysłaniem CV.
W efekcie trafiłam do kolejnej korpo, w której to utkwiłam na ponad 11 lat 🙂 a więc mimo wielu zmian za młodych lat, nie można mnie posądzić o brak lojalności:-)

poland-910497_960_720

Moja nowa korpo mieściła się pod Warszawą,  więc gdy doszłam do wniosku, że jednak się tam „ostanę” przez parę lat, postanowiłam sprzedać zwoje kieleckie mieszkanie i przeprowadzić na dobre do Warszawy. Kupiłam niewielkie mieszkanie na Tarchominie. I od tej pory to właśnie Warszawa Tarchomin, przez wiele lat, nawet gdy już mieszkałam w Johannesburgu, był moim domem… A piosenka Sydneya Polaka „Otwieram Wino” moim osobistym hymnem!
Bardzo lubię Warszawę. Starówka ma dla mnie niespotykany urok, warszawskie kawiarenki na Pradze, w których można się zgubić i poznać ciekawych ludzi. Trasy spacerowe wzdłuż wału nad Wisłą i ścieżka rowerowa z Tarchomina nad Zalew Zegrzynski wzdłuż Kanału Żerańskiego z ogródkiem piwnym po drodze… Jeśli rozważam czasem powrót do Polski, to moje myśli podążają właśnie w kierunku Tarchomina… Mieszkania w Warszawie nie sprzedałam, mam do niego sentyment – mimo,  że teraz jest dla nas za małe…

5) Johannesburg

To, że jestem osobą aktywną i nie lubię monotonii dnia codziennego moja korpo szybko zauważyła.
Ale, zamiast temperować moje zapędy, postanowili ten fakt wykorzystać.
Od początku sporo podróżowałam – projekty w Moskwie, spotkania w Barcelonie, Londynie czy w Budapeszcie.
Do Johannesburga trafiłam w ramach rozwoju kariery. No i po to, aby zapchać wakat, którego (ze względu na niezbyt dobrą opinię o Johannesburgu) nie było łatwo wypełnić.
Tak więc spakowana w dwie walizki przyleciałam…
RPA to piękny kraj, ale Johannesburg mi się nie podobał. Wszędzie kraty, sejfy i ochrona, mało kto chodzi po ulicach…
Pamiętam kanciapę na bagaże w rogu korytarza w moim pierwszym hotelu. Zamykana na kraty, aby bezpiecznie przechować swoje rzeczy.
I żart kolegi, który stwierdził, że gdyby ktoś mnie napadł, to mam wystawiać bagaże i sama zamykać się w kanciapie. Nawet juz nie wiem, czy on wtedy żartował…
Bo tutaj nawet Święty Mikołaj potrzebuje ochrony…

mikolaj-z-obstawa

Ale… oprócz tego baseny, słońce, i bardzo dobry standard życia.
Piękna natura tuż za granicami miasta…
Ekstremalne plusy i ekstremalne minusy.
Z czasem polubiłam to hiperaktywne, dwubiegunowe miasto…
To tutaj poznałam swoją „drugą połówkę” – bardzo szybko po przyjeździe.
Od tego czasu praktycznie (poza nieczęstymi już teraz wyjazdami związanymi z pracą) prawie się nie rozstajemy.
Po latach „singielstwa” zaskoczona byłam tym, że większość mojego czasu jestem w stanie spędzać z jedną osobą. Na początku  Johannesburga się po prostu bałam  (a konkretnie bycia samej w mieszkaniu), więc obecność mojego „Dużego” dawała mi komfort i poczucie bezpieczeństwa.
Z czasem przekształciło się to w naturalną potrzebę bycia razem, już nie powodowaną obawą, że mnie ktoś napadnie.
Przyznam, że ja się Johannesburga dalej trochę boję. Na pewno nie wybrałabym i nie określiła tego miejsca jako „swoje”.
Mimo, że przestępczość Johannesburga nigdy, ale to nigdy nie dała mi się we znaki, to jednak zawsze, gdzieś wokół coś się dzieje.
Włamanie parę ulic dalej, uprowadzenie samochodu gdzieś indziej. Na ogół napady z bronią.
Przestępcy jednak i tutaj się już ucywilizowali – większość incydentów w okolicy odbyło się bez ofiar. Ale nie zawsze tak jest…
I to dziwne, niebezpieczne miejsce przychodzi mi nazywać domem… Na jak długo?
Nie wiem…

Patrząc na swoje życie, nie mogę wyjść z podziwu, że bez prawie żadnego wysiłku, żadnych dramatów udało mi się:

  • zawalić szkołę średnia
  • tak sobie poukładać to wszystko, że w żadnym momencie nie odczułam potrzeby zrobienia czekokolwiek w swoim życiu inaczej
  • dać sobie radę zupełnie samej, bez jakiejś konkretnej znajomości języka i bez pieniędzy w obcym kraju (chodzi mi to o UK,bo pod przyjazd do RPA teren miałam odpowiednio „przygotowany” przez firmę)
  • całkowicie wykaraskać się ze skutków zawalenia szkoły i odrobić wszelkie straty edukacyjne
  • w czasie, gdy ludzie już o pracę porządnie musieli się starać, bez znajomości i w sumie bez wysiłku zrobić całkiem niezłą karierę
  • nie dać się zdominować korpo, znaleźć czas na życie prywatne i ZAŁOŻYĆ RODZINĘ
  • na koniec – trochę wyluzować i przestać traktować korpo jako „życie” 🙂
Advertisements

11 thoughts on “Pięć ważnych dla mnie miejsc

Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s